KRAINA BŁĘKITNYCH KWIATÓW Frances Eliza Hodgson Burnett, Bajki, baśnie, wiersze

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

KRAINA BŁĘKITNYCH KWIATÓW Frances Eliza Hodgson Burnett

Ziemię tę zaczęto nazywać Krainą Błękitnych Kwiatów kiedy król Amor, silny, postawny monarcha o wielkiej urodzie, zszedł ze swego zamczyska na niedostępnym górskim szczycie i przejął władzę. Poprzednio zwano ją Krainą Króla Mordreth'a, a ponieważ pierwszy król o tym imieniu był nieokiełznanym i pełnym okrucieństwa władcą, imię jego przynosiło jedynie ponure wspomnienia.

Na kilka tygodni przed narodzinami Amora jego słaby, egoistyczny i bardzo młodziutki ojciec - który także nosił imię Mordreth - zginął w czasie polowania. A matka - jasnowłosa niewiasta o czystym, niewinnym spojrzeniu - zmarła zaledwie kilka godzin po porodzie. Zdążyła jednak nieco wcześniej posłać po swego czcigodnego przyjaciela i nauczyciela, który uchodził za najstarszego i najmądrzejszego człowieka na świecie. Mędrzec ów, dawno temu, schronił się w górskiej pieczarze, aby nie patrzeć na głód, zamieszki i nienawiść goszczącą w sercach ludzi, w kraju rozpościerającym się na równinach, u stóp gór.

Był to imponujący starzec o olbrzymim wzroście i wspaniałych błękitnych oczach, nasuwających myśl o morskich głębinach. Były one jednocześnie podobnie czyste jak oczy królowej. Zdawały się widzieć wszystko i odzwierciedlać jedynie myśli piękne i szlachetne. Wszyscy odczuwali pełen respektu lęk widząc go kroczącego majestatycznie po mieście. Nazywali go po prostu Starcem.

Piękna królowa odsunęła rąbek haftowanej kołdry pokrywającej łoże ze złota i kości słoniowej i pokazała mu maleńkie niemowlę uśpione u jej boku.

- Urodził się, by zostać królem. Tylko Ty możesz udzielić mu pomocy - rzekła.

Starzec spojrzał na maleństwo.

— Ma długie i silne rączki i nóżki. To dobrze świadczy na przyszłość. Będzie z niego wielki król - rzekł. - Oddaj mi go.

Królowa podała nowo narodzonego.

— Zabierz go stąd szybko, zanim usłyszy kłótnie pod wrotami pałacu - rzekła. - Weź go do zamczyska na szczycie niedostępnej skały. Zatrzymaj go tam, aż dorośnie na tyle, by zejść i zostać królem. Kiedy słońce zatopi się w chmurach odejdę z tego świata, ale jeśli mój potomek będzie z tobą, mimo swego sieroctwa nauczy się wszystkiego, co powinien wiedzieć król.

Starzec wziął dziecko, owinął je w fałdy swej długiej, szarej szaty i odszedł dostojnie pałacową bramą, przez brzydkie miasto, po równinach w stronę góry. Kiedy zaczął wspinać się po stromych zboczach słońce właśnie zachodziło, obrzucając złotem pomieszanym z różem wielkie skały, dzikie kwiaty i krzewy obrastające z obu stron prawie niewidoczną ścieżkę.

Starzec nie potrzebował żadnej ścieżki, gdyż wiedział doskonale którędy iść. Wspinał się coraz wyżej, a mały król Amor mocno spał opatulony w zwoje jego szaty. Wreszcie dotarli na szczyt i rozgarnąwszy chaszcze skręconych winnych latorośli, ugwieżdżonych bladymi pączkami o słodkim zapachu, Starzec zatrzymał się, by popatrzeć na zamczysko, które wisiało na najwyższej turni i wyglądało spoza górskiego szczytu na morze, niebo i równiny rozpościerające się w dole.

Teraz niebo przybrało barwę granatową, a usiane było miliardami gwiazd. Wokół panowała taka cisza, że reszta świata zdawała się być odległa o tysiąc kilometrów, zaś brzydota, nędza i ludzkie niesnaski były całkowicie nierealne. Owiewał ich wiaterek przynoszący słodką, świeżą woń. Starzec odwinął niemowlę z fałd swej szaty i złożył na dywanie pachnącego mchu.

— Gwiazdy są tu bardzo blisko - rzekł. - Obudź się, młody królu, i zobacz jak blisko. Dowiedz się, że to twoje siostry, a bratem jest wiatr, który ofiarowuje ci świeżość oddechu innych braci - drzew. Jesteś w domu.

Wówczas król Amor otworzył oczy, a ujrzawszy nad sobą gwiazdy pośród błękitu uśmiechnął się i chociaż nie przeżył jeszcze całego dnia, wyrzucił rączkę do góry i dotknął nią czoła.

— Salutuje im jako król i żołnierz - rzekł Starzec - chociaż czyni to nieświadomie.

Zamczysko było olbrzymie i wspaniałe, choć stało opuszczone od stulecia. Przez trzy pokolenia jego królewscy właściciele nie byli zainteresowani przyglądaniem się światu z tak wielkiej odległości. Nie wiedzieli nic o wietrze, drzewach i gwiazdach. Mieszkali na równinach, w miastach, polując, uśmierzając bunty i nakładając wielkie daniny na swoich nieszczęsnych poddanych.

A zamczysko w samotności przeżywało kolejne lata i zimy. Miało mury obronne i wieże, które odbijały się na tle nieba, a wewnątrz mieściła się wielka sala balowa, sale dla setek gości i pokoje dla tysiąca zbrojnych rycerzy, zaś dziedziniec zamkowy był wystarczająco wielki, by rozgrywać na nim turnieje rycerskie.

Mały król Amor żył więc samotnie pośród tej przestrzeni i przepychu, a jedynymi jego towarzyszami byli Starzec i równie leciwy służący. Znali oni obaj pewną tajemnicę, która pozwalała zachować młodość, mimo upływu czasu. Wiedzieli, że są braćmi wszystkiego, co istnieje na świecie, a także że człowiek, do którego dostępu nie ma gniewna lub zła myśl, nie musi bać się przeciwnika. W każdym ich zachowaniu uwidaczniała się mądrość, siła i prostota, a nawet najbardziej dzikie stworzenia przystawały na ich widok, by im przekazać pozdrowienie, które byli w stanie zrozumieć. Ponieważ złe myśli nie przychodziły im nigdy do głowy, nie znali uczucia strachu. Udzielało się to i dzikim stworzeniom, które także nie odczuwały lęku i dlatego też język jednych stawał się zrozumiały dla drugich.

Każdego ranka wychodzili o świcie na mury obronne, aby popatrzeć na wspaniałe słońce wychylające się z wolna z morza purpury. Jedno z pierwszych wspomnień małego króla Amora, które towarzyszyło mu do końca życia, wiązało się z porannym rytuałem. Starzec budził go delikatnie, opatulał w obszerne fałdy swej długiej, szarej szaty i niósł w górę po krętych i wąskich kamiennych schodkach, aż wreszcie wydostawali się na szczyt olbrzymiego zamczyska, które zdawało się maleńkiemu chłopcu dosięgać aż do nieba.

— Słońce wstanie za chwilę i obudzi świat - mówił Starzec. - Królewiczu, patrz i podziwiaj ten cud.

Amor unosił swą malutką główkę i chłonął wszystko. Był dopiero w wieku kiedy zaczyna się rozumieć niektóre sprawy. Kochał Starca i wszystko, co jego opiekun mówił i robił.

Daleko, poniżej niebotycznych skał, leżało morze. Uśpione nocą, było ciemnobłękitne lub fioletowe, lecz teraz powoli zmieniało kolor. Niebo ulegało także przebarwieniem - stawało się coraz bledsze, potem nieco rozjaśniało się, podobnie jak morze, następnie lekki rumieniec przesuwał się po ziemi i wodzie i różowił wszystkie małe, przepływające obłoczki.

Król Amor uśmiechnął się do ptasich treli dochodzących z drzew i krzewów i do jaskrawozłotego słońca, ukazującego się na krawędzi oceanu i rozbryzgującego tańczące po falach promyki.

Słońce unosiło się coraz wyżej, olśniewało blaskiem i napełniało zachwytem chłopczyka, który klaskał w rączki z radości. Ale już w następnej chwili cofnął się z krzykiem, słysząc głośne trzepotanie i towarzyszące mu machanie potężnych skrzydeł wielkiego ptaka, który wyfrunął ze szczytu stromej skały i wzbijał się ku rozpromienionym porannym niebiosom.

— Naszym sąsiadem jest orzeł - rzekł Starzec. - Zbudził się i poleciał złożyć poranne uszanowanie słońcu.

Królewicz siedział wyprostowany, przyglądając się w zachwycie zjawiskom rozgrywającym się w oślepiającym blasku na skraju świata, skąd nagle oderwała się ku górze kula żywego złota zmieszanego z ogniem i nawet on zrozumiał, że słońce już wzeszło.

— O świcie każdego dnia wznosi się w taki sam sposób - rzekł Starzec. - Popatrzmy razem, a ja opowiem tobie legendy na jego temat.

Siedzieli więc na blankach i Starzec opowiadał. Były to historyjki o małych ziarenkach ukrytych w ciemnej ziemi i oczekujących na złote ciepło słoneczne, które budziło je do życia. Dzięki niemu uprawne pola pokrywały się falującymi łanami pszenicy, z której wypiekano chleb. Były to opowieści o nasionkach, które ogrzane rosły i dojrzewały przemieniając się w pachnące pąki kwiatów i opowiadania o korzeniach i soku drzew przenoszonym ku górze i ożywiającym gałęzie zielenią liści. Pojawiali się tam także mężczyźni, kobiety i dzieci, wszyscy spragnieni słońca i radujący się na jego widok.

— Każdego dnia, świecąc na niebie, słońce daje życie lub powoduje jego dojrzewanie. Lecz wielu o tym zapomina. Królewiczu, chodząc podnoś głowę wysoko. Nigdy nie zapominaj o słońcu.

Każdego ranka wstawali o świcie i oglądali razem cud wstającego dnia, zaś w pierwszą niepogodę, gdy niebo zasnuły szare chmury i słońce nie pojawiło się tam gdzie zwykle, Starzec opowiedział coś innego.

— Płonące złoto skrywa się za nisko wiszącą szarością. Chmury są tak ciężkie od deszczu, że muszą oderwać się, a wówczas deszcz spadnie na ziemię ulewą lub w towarzystwie burzy, a spragniona ziemia będzie chciwie spijać jego krople. Ziarenka, nasionka i korzonki zostaną napojone, a świat ucieszy się z bogactwa świeżego życia. Źródełka będą bulgotać, a strumyki nabiorą wartkiego pędu przemierzając swoje ścieżki pośród leśnej zieleni. Bydło będzie radować się na widok pełnego wodopoju, a ludziom dany będzie wypoczynek. Młody królu, chodząc podnoś głowę wysoko i często spoglądaj w niebo. Nigdy nie zapominaj o chmurach.

Codziennie słysząc tego typu słowa król Amor nauczył się, co oznaczają słońce i chmury, pokochał je i poczuł się ich bratem. Jego pierwsze wspomnienie burzy wiązało się także ze Starcem. Olbrzym wziął go na mury obronne i razem przyglądali się ciemnym chmurom, z których przelewała się ulewa. Ich fioletowy odcień przecinały co chwilę oślepiające zygzaki błyskawic. Grzmoty przetaczały się z łoskotem i zdawały się zmieniać w huk ukryte gdzieś przedmioty, niewidzialne dla ludzkiego wzroku. Wicher ryczał dookoła zamku, bił w jego wieże, podrzucał gałęzie największych drzew, jakby to były piórka, i wprawiał w wir strugi deszczu spadające na ziemię. Królewicz Amor stał wyprostowany jak żołnierz, zastanawiając się, co robią w takim momencie ptaszki i czy orzeł powrócił do swego gniazda.

Mimo całego tego ryku, jakim natura okazywała swoje niezadowolenie przerażając świat zdany na jej łaskę, Starzec zachował spokój. W swej długiej szacie, na tle burzy wyglądał na jeszcze wyższego, niż był w rzeczywistości. A jego oczy były jak morska głębina.

Wreszcie rzekł cicho:

— To jest głos potęgi nieznanej człowiekowi. Żaden człowiek nie pojął jej jeszcze, choć przemawia do niego. Słuchaj uważnie! Niech twoja dusza milczy! Słuchaj, królewiczu! Unoś głowę wysoko i patrz często w niebo. Nigdy nie zapomnij o burzy.

Tak więc królewicz nauczył się kochać burzę i stawać się bez lęku jej cząstką.

Niewykluczone, że ułatwił mu to jego pierwszy kontakt z naturą, gdy położono go na pachnącym mchu w pierwszym dniu życia i nieświadomie salutował światu, czuł się bliski swoich sióstr - gwiazd - i kochał je.

W każdą pogodną noc Starzec wynosił maleńkiego króla na mury obronne i pozwalał mu usnąć pod rozbłyszczonymi miriadami gwiezdnymi. Przedtem spacerował trzymając go w ramionach lub siedział z nim w ciszy, czasami bajając cichym głosem, czasami milcząc z wzrokiem utkwionym w wysokim sklepieniu ponad nimi, jak gdyby gwiazdy mówiły do niego o doskonałym spokoju.

— Kiedy patrzysz na nie długo - rzekł - uspokajasz się i zapominasz o głupstwach. Odpowiadają na twoje pytania wskazując, że ziemia nie jest niczym więcej, niż jednym z miliona światów. Niech twoja dusza osiągnie pełnię spokoju, patrz często w górę, a zrozumiesz ich mowę. Nie zapominaj nigdy o gwiazdach.

Tak więc, w miarę jak chłopczyk rósł, jego świat zdawał się zawierać coraz więcej piękna i cudownych zjawisk; słońce i księżyc, burzę i gwiazdy, strugi równo lejącego deszczu, szybki wzrost roślin, lot orła, piosnki i gniazda małych ptaszyn, zmieniające się pory roku i pracowitość brunatnej ziemi rodzącej zboże i owoce.

— Wszystkie te cuda w jednym świecie, gdzie ty jesteś człowiekiem - rzekł Starzec. - Chodząc, młody królu, unoś głowę wysoko i patrz w górę. Nie waż się zapomnieć o żadnym z tych cudów.

Niczego nie zapominał. Żył i swoimi jasnymi oczyma, pełnymi radości, patrzył na wszystko. Na szczycie swej góry nigdy nie usłyszał brzydkich słów. Nie wiedział nawet, że w myślach mogą się pojawić wrogość lub podłość. Podrósłszy nieco często spacerował po szczytach, nie bojąc się ani burzy, ani dzikich bestii. Lwy o zmierzwionych grzywach ze swymi połowicami podchodziły do niego łasząc się, jak kiedyś ich ojcowie łasili się do Adama w ogrodzie edeńskim. Nigdy nie przyszło by mu do głowy, że te stworzenia nie są jego przyjaciółmi. Nie wiedział nawet o istnieniu ludzi, którzy zabijają jego dzikich towarzyszy. Nauczył się jeździć po wielkim dziedzińcu zamkowym i dokonywać wyczynów wymagających siły. Nie nauczono go strachu, więc nie przychodziło mu nawet do głowy, że może nie podołać jakiejś próbie charakteru. Wyrósł na wysokiego, dorodnego chłopca; mając dziesięć lat wyglądał na szesnaście, zaś w wieku szesnastu lat był już olbrzymem. A przyczyną tego było jego braterstwo z burzą i czerpanie siły z gwiazd.

Jedyną przykrą przygodą jaka mu się przytrafiła, było pewne zdarzenie, gdy miał dwanaście lat. Z królestwa położonego u podnóża gór, na równinach, przysłano specjalnie dla niego wyhodowanego młodego konia. Równie piękne zwierzę nigdy dotąd nie urodziło się w królewskich stajniach. Kiedy wprowadzono go na dziedziniec oczy królewicza rozbłysły radośnie. Większą część poranka spędzał ujeżdżając rumaka i próbując skoków na końskim grzbiecie. Starzec w swej komnacie, położonej w wieży, słyszał jego okrzyki zachwytu i zachęty. W końcu młody król udał się na krętą górską drogę, by i w takich warunkach wypróbować swego rumaka.

Powróciwszy udał się natychmiast do komnaty w wieży, na pogawędkę ze Starcem.

Starzec podniósł wzrok znad swej wielkiej księgi i popatrzył na niego z powagą.

— Pójdźmy na mury obronne - rzekł chłopiec. - Musimy porozmawiać.

Poszli więc, a kiedy stali patrząc na świat rozpościerający się u ich stóp, na turkusowy łuk nieba powyżej, oczy Starca nabrały jeszcze poważniejszego wyrazu.

- Opowiedz mi, królewiczu - rzekł.

— Zdarzyło się coś dziwnego - rzekł król Amor. - Poczułem coś, czego nigdy wcześniej nie doznałem. Jechałem konno polem po równinie, gdy mój rumak dojrzał coś, co wzburzyło go do tego stopnia, że odmówił mi posłuszeństwa. Był to młody lampart, który przyglądał się nam zza drzewa. Rumak stawał dęba i parskał. Nie reagował na moje słowa, cofał się i kręcił dookoła. Na próżno usiłowałem go przekonać i wtedy zupełnie nagle, kiedy zdałem sobie sprawę, że nie mogę go zmusić do posłuszeństwa, poczułem przypływ tego nieznanego dotąd uczucia, które przebiegło ogniem przez całe moje ciało. Zrobiło mi się gorąco i zdałem sobie sprawę, że twarz pokrył mi szkarłatny rumieniec, serce wali mi szybciej niż zwykle, a krew zdawała się wrzeć mi w żyłach. Z ust wyrwały mi się szorstkie, brzydkie słowa - zapomniałem o łączącym nas braterstwie - uniosłem dłoń, ścisnąłem ją w pięść i i kilkakrotnie uderzyłem konia. Już go nie kochałem i czułem, że on także nie odczuwa do mnie miłości. Ciągle jeszcze jest mi gorąco i przykro od tego nowego doświadczenia. Nie odczuwam już radości. Czy to co poczułem, to był ból? Nigdy dotąd nie zaznałem bólu. Nie znam go. Czy to był ból?

— To było coś gorszego - odparł Starzec. - To był gniew. Kiedy człowiek pozwala, aby opanował go gniew, wówczas popada w trującą gorączkę. Traci siły, władzę nad sobą samym i nad innymi, zatraca się w czasie, w którym mógłby uzyskać cel, którego najbardziej pragnie. Złość nie powinna mieć dostępu do tego świata.

Tak więc przy tej okazji król Amor dowiedział się całej prawdy o złości, bowiem długo siedzieli na blankach i Starzec opowiadał mu w jaki sposób trucizna rozchodzi się w żyłach osłabiając człowieka i czyniąc zeń głupca. Nocą Amor leżał pod sklepieniem niebios patrząc na siostry gwiazdy i czerpiąc z nich spokój.

— Jeśli przeleżysz noc na blankach myśląc wyłącznie o ciszy i o gwiazdach, zapomnisz o gniewie i jad, jaki ci wszczepił, zniknie. Jeśli zajmiesz umysł pięknymi myślami, wypędzą one wszystkie myśli niegodne ciebie. W gwiazdach nie ma miejsca dla zła i ciemności - to powiedział mu Starzec.

Na równinie, u stóp skały, na której stał zamek, rozpościerały się wspaniałe ogrody, otoczone murami. Posadziła je wdowa po pierwszym królu Mordreth, a po jej śmierci zaniedbane zdziczały. Kiedy królewicza sprowadzono na szczyt góry, starzec wraz ze służącym ponownie doprowadzili je do pełni rozkwitu. Gdy Amor dorósł na tyle, aby posługiwać się małą łopatką, zaczął pomagać w ogrodzie. Pod dotykiem jego rąk, jak pod wpływem czaru, wszystko rosło w dwójnasób szybciej. Ptaszki, pszczoły i motyle fruwały koło niego mówiąc do niego przyjaźnie. Wiedział którędy wiedzie droga pszczół do miodu. Motyle siadały mu na rączkach i uczyły go różnych rzeczy. Ptaszki opowiadały mu o swoich wędrówkach, a z dalekich krajów sprowadzały mu nasionka, które chłopiec siał w swoim ogrodzie, a z których rozkwitały potem piękne kwiaty. Pewna jaskółka, prawdziwy obieżyświat, obdarowała go ziarenkiem z tajemniczego ogrodu pewnego cesarza, ogrodu, którego nikt nigdy nie widział oprócz czterech cesarskich niewolników w nim urodzonych i zobowiązanych do nieopuszczania go do końca życia.

Król Amor zasadził ziarenko na swoim klombie. Wyrósł z niego błękitny kwiat o nadzwyczajnej urodzie. Jego kolor był czysty i nasycony głębokim odcieniem. Pąki zwieszały się z długiej łodyżki, a w pierwszym roku dały tysiąc ziarenek. Co roku król Amor sadził więcej kwiatów i co roku rosły coraz wyżej i piękniej i kwitły przez coraz dłuższy czas. Kiedy wiał letni wiatr, jego podmuch zwiewał obłoczki delikatnego zapachu, które czasami opadały wzdłuż zbocza przynosząc nieszczęsnym mieszkańcom krainy króla Mordreth'a błogie zapomnienie kłótni i nędzy.

Unosili oni głowy, aby zaczerpnąć trochę tego wonnego powietrza, zastanawiając się, cóż to takiego dzieje się na szczycie góry. Każdego roku król Amor zbierał ziarenka i przechowywał je w nie używanej zamkowej wieży. Tymczasem i sam król rósł, nabierał sił, rozumu i urody. Każda roślina, każdy chwast, każde czworonogie stworzenie, wiatr, gwiazdy na niebie przekazywały mu wiedzę i mądrość. Wzrok miał jasny i przenikliwy, a gdy patrzył na człowieka, umiał czytać jego myśli i nakazać mu wyjawienie prawdy. A siłę miał tak wielką, że gołymi rękami bez trudu łamał na kawałki żelazne sztaby.

Kiedy król skończył dwadzieścia lat Starzec wziął go na blanki i podawszy mu lunetę kazał przyjrzeć się stolicy położonej na dole i wszystkiemu, co się tam dzieje.

— Widzę ludzi zbierających się w tłumy - rzekł Amor, popatrzywszy przez kilka chwil. - Widzę jaskrawe kolory, łopoczące sztandary i łuki triumfalne. Wydaje się, że przygotowują jakąś wielką uroczystość.

— Lud przygotowuje się na twoją koronację - rzekł Starzec. - Jutro zostaniesz sprowadzony z wielkim ceremoniałem w dolinę i ogłoszony królem. Nauczyłem ciebie wszystkich cudów świata i pokazałem, że nie ma rzeczy niepotrzebnych, prócz szalonych i niegodziwych myśli. Nauka była ci potrzebna, abyś mógł rządzić swoim królestwem. Zejdziesz teraz w dolinę i przekażesz ludziom mądrość uzyskaną od górskich braci. Zobaczysz rzeczy dalekie od piękna i czystości, lecz trzymaj, młody królu, głowę uniesioną wysoko i nigdy nie zapominaj słońca, wiatru i gwiazd.

Patrząc na króla Starzec dodał do siebie w duchu:

— Kiedy stanie przed nimi pomyślą, że mają do czynienia z herosem.

Następnego ranka wspaniała procesja wyruszyła krętą drogą na zamek. W paradzie uczestniczyli książęta, szlachcice i rycerze oraz tłumy gawiedzi. Lśniła broń, błyszczały kolory odświętnych szat, sztandary i proporce powiewały nad nimi przy wtórze grających złotych i srebrnych trąbek.

Starzec, wciąż w tej samej szacie, stał obok króla Amora na szerokim kamiennym tarasie, którego strzegły gotowe do skoku rzeźbione lwy.

— Oto młody król! - rzekł.

Zauważywszy króla ludzie reagowali tak właśnie, jak przepowiedział Starzec. Patrzyli na niego z lękiem, cofnąwszy się. Niektórzy padali na kolana, widząc przed sobą boskiego olbrzyma. A to był jedynie zwykły młody człowiek, co prawda o wielkiej sile i niezwykłym umyśle, który różnił się jednak tym od innych, że wolny był od nieprzyjaznych myśli, a dotychczasowe życie przeżył w bliskim sąsiedztwie gwiazd. Sprowadzono królewskiego mustanga, przyozdobionego złotą uprzężą, i na jego grzbiecie król zjechał po górskim zboczu i bramą miejską dotarł do stolicy swego królestwa. Życzył sobie, aby Starzec jechał obok niego. W drodze do miejsca koronacji ujrzał nieznane mu dotąd obrazki. Oprócz haftowanego jedwabiu i aksamitnych zasłon domów bogaczy dostrzegł także brudne, boczne uliczki, nędzne przejścia i popadające w ruinę domostwa. Widział opuszczone dzieci, które na jego widok uciekały przerażone do swoich norek i obdartusów toczących boje o lepsze miejsca w tłumie. Nieszczęsne, Nieszczęsne, szorstkie twarze zerkały na przechodzącą paradę zza węgła, ale nikt nie uśmiechał się, ponieważ ludzi tych dzieliła nienawiść, lęk i brak zaufania do innych. Wszyscy oni bali się młodego króla i dalecy byli od odczuwania do niego sympatii, choćby dlatego, że pochodził on od króla Mordreth'a, który był podłym i egoistycznym władcą.

Zauważywszy jego potężny wzrost i uniesioną wysoko głowę, bali się jeszcze bardziej. Sami mieli głowy zwieszone i nie widzieli niczego oprócz kurzu i brudu pod stopami. Żyli w nieodłącznym towarzystwie kłótni, często doznawali lęku i brzydkich uczuć. Ogarnął ich więc natychmiast strach przed królem wraz z przekonaniem o jego nadmiernej zarozumiałości. Nabrali przekonania, że taki olbrzym jest w stanie dopuścić się dwakroć większej podłości niż poprzedni władcy, skoro jest od nich dwukrotnie silniejszy. Taką mieli nędzną naturę, że od pierwszego wejrzenia doszukiwali się w człowieku i w każdej rzeczy wszystkiego co najgorsze i od początku reagowali przerażeniem na wszystko co

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • katek.htw.pl
  • © 2009 Zaopiekuj się moim sercem - zostawiłem je przy tobie. - Ceske - Sjezdovky .cz. Design downloaded from free website templates