KOCMOŁUSZEK, SUJU

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
KOCMOŁUSZEK

     Chce mi się płakać… ale tego nie zrobię, nie rozryczę się, nie dam im tej satysfakcji. O nie! Nie tym razem…

     A! Szlag, znów zadarłem paznokcie o  krawędź kamiennych płytek kuchennej podłogi. A już myślałem, że są odpowiednio krótkie, by nie zahaczać o cokolwiek, nawet podrapać się nimi trudno. Jeśli ktoś chce nazwać mnie „kokietką” w chwili, gdy wieczorami piłuję i przycinam paznokcie, to niech najpierw przejedzie swoimi po naszej kuchennej podłodze –wtedy mnie zrozumie. Ledwo odrósł mi ten, którego ostatnio straciłem i nie mam ochoty na więcej –a bólu wyrywanego paznokcia nie musze chyba przybliżać.

     Ale mnie nie złamią, już nie ma chyba sposobu…

-Kocmołuszek, pośpiesz się, jeszcze została podłoga w holu i trzepanie dywanu z gościnnego.

-Kopciuszek!

     Własna siostra… jak ona mogła wejść w tych brudnych buciorach na moją lśniąca już niemal podłogę? Jak mogła…

-Co się stało? –zapytała niewinnie, oglądając się za siebie i stawiając kosz czereśni na stole. –Dlaczego krzyczysz?

     Jęknąłem tylko i wskazałem na plamy ziemi, jaką naniosła na butach z ogrodu. Godzinna praca zmarnowana w kilka sekund.

     Kopciuszek wzruszyła ramionami, podeszła i schyliła się nade mną, pogłaskała po głowie.

-Przepraszam, bracie.

     A potem, dobijając tą podłogę, wybiegła znów do ogrodu, wołając jeszcze żebym się pośpieszył.

     Pośpieszyć się?! Teraz?! Mam zdążyć do wieczora zmyć podłogę w holu i wytrzepać ten gigantyczny dywan?! Czy ona na głowę upadła?! A sama co robi? Poszła zbierać owoce, a potem upierze firanki. I to cała jej ciężka praca. A ja szoruję te cholerne kamienie od południa, przedtem czyściłem stajnie i ledwo zdążyłem się umyć w beczce deszczówki –oczywiście gorącej wody i mydła możemy używać wyłącznie w niedziele. I co z tego mam? To, że kochana siostrunia, która całe dnie narzeka na swój los, wzruszyła ramionami i kazała się pośpieszyć. A na mój los kto ponarzeka? Sam nie mam czasu. Co ja jestem? Przecież to mój cholerny dom!

     Poprawka, nasz dom. Mój i Kopciuszka. Ale jeśli brać pod uwagę codziennie odwalaną w nim robotę, to mój jest od piwnicy do poddasza, strych jest jej.

     Kolejna poprawka, dom był nasz. Dopóki nie zmarł ojciec, macocha była dla nas słodka jak miód, jej bliźniaki jak rodzeni brat i siostra. A po śmierci ojca… Właśnie, harówa bez chwili przerwy. Przynieś, odnieś, sprzątnij, zmyj, postaw, odstaw… zwariować można. Chyba niedługo zwariuję.

     Mam już szesnaście lat, powinienem chodzić do jakiejś szkoły, uczyć się przynajmniej… A ja co? Czytać umiem i liczyć. Macocha uznała, że tyle mi wystarczy, skoro i tak nie opuszczam domu, i nie wykonuje prac wymagających myślenia. To miłe, że ktoś o mnie myśli tak ciepło.

-Ej, Kocmołuszek! Coś taki padnięty?

     O nie, tylko nie to… Za późno.

-Gdzie się chowasz? Zgłupiałeś?

     Chwycił mnie za koszulę na plecach i wyciągnął spod stołu. Że też ja ich nie potrafię węchem wyczuć, to moja wielka bolączka. Ale teraz trzeba wybrnąć.

-Nie chowam się –warknąłem. –Chcę umyć podłogę pod stołem.

-Ach tak…

     Mój blond-włosy niby-brat sięgnął do koszyka z czereśniami, wziął kilka i usiadł na stole. Jedząc je powoli, przyglądał mi się uważnie. Ja starałem się naprawić szkody wyrządzone przez moja siostrę, nie oglądając się na niego, ale… Jak tylko czuje to spojrzenie na plecach to ciarki mnie przechodzą. Ręce mi drżą i serce szybciej bije.

     Wcale się ich nie boję. Wcale, a wcale. Nawet jeśli są okrutni, apodyktyczni, bez uczuć, nienormalni, a każde z osobna jest pochrzanione na umyśle… nie boję się…

     O, Boże!

     Uderzyłem głową o posadzkę, gdy silnym szarpnięciem odwrócił mnie i cisnął na podłogę. Nie miałem dane zastanawiać się nad tym bólem długo, ponieważ zaraz potem mój niby-brat usiadł mi na brzuchu i żebrach. Jest trzy lata starszy, więc proporcjonalnie cięższy –a ja od jakiś czterech lat systematycznie chudnę. Więc efektem nawet krzyknąć mi się nie udało. O czym to ja myślałem, że są nienormalni? 

     Na niewątpliwie przystojnej twarzy Neremu rozszerzał się właśnie uśmiech zadowolenia, że udało mu się mnie zaskoczyć. Włożył do ust kolejną czereśnię i przyglądał mi się dalej. Jak ja tego nienawidzę, kiedy patrzy na mnie, jak na owada przybitego do ramki. Jakbym już był martwy, a jego ten fakt cieszył jak cholera. 

     Na szczęście, dla nich nie musieliśmy być uprzejmi do bólu.

-Chory jesteś? –wydusiłem z trudem. –Żebra mi połamiesz… Neremu, ja mam pracę… ała!… dużo pracy… Ała! Neremu… AŁA!

     A on nadal się uśmiechał i zaciskał kolana na moich nieszczęsnych żebrach. Co ja poradzę, że nie jestem na tyle silny żeby mu się wyrwać?

-Poproś –rzucił we mnie czereśnią.

     Dostałem dokładnie w oko. Dzięki Neremu, prawe oko jeszcze dziś mnie nie bolało.

     Roześmiał się, bardzo rozbawiony, gdy wyjąkałem „proszę”. Zaczynało brakować mi powietrza i to nie było śmieszne.

     Poprosiłem jeszcze raz. Bardziej… uniżenie i pokorniej.

     W odpowiedzi dostałem w drugie oko. Nie… tego już za wiele…

     Wbiłem mu palce w boki –coś co zawsze skutkuje na Kopciuszka – i zacisnąłem na skórze. Wrzasnął i zmiękł, co natychmiast wykorzystałem, zrzucając go na podłogę. Momentalnie zebrałem się z posadzki i otworzyłem drzwi… i nie zdążyłem za nie wybiec. W progu wiadro z wodą uderzyło mnie w plecy i znów znalazłem się na poziomie chodnika –tylko, że tym razem dodatkowo skąpany w brudnej wodzie. Chyba na chwilę mnie ogłuszyło…

     A odzyskałem przytomność niesiony przez Neremu na ramieniu, a potem znów oberwałem, gdy rzucił mnie na stół kuchenny.

     O jasna cholera…

-Kocmołuszek?!

     Podbiegła do mnie, wytrzeszczając oczy. Po drodze chwyciła nóż z szafki.

-Co się stało? –zawołała, przecinając sznurki.

-A co mogło się stać? –zakaszlałem, siadając i wzniecając chmurę mąki. –Znów wykorzystano mnie jako blat do robienia ciastek.

     Dosłownie i w przenośni. Cały byłem pokryty mąką, sokiem malinowym, cukrem, roztartymi porzeczkami, miodem… i tym co Neremu, pochłoniętemu w swą pasją twórczą, udało się znaleźć w kuchennych szafkach. Nawet nie chciałem myśleć co na mnie jeszcze jest. Ręce i nogi bolały mnie strasznie –chyba trzy godziny spędziłem w ten sposób, rozciągnięty na stole.

     Tak, nasz niby-brat potrafi być pomysłowy, gdy się zdenerwuje. Ponad pół godziny zajęło mu zrobienie ze mnie ciastkowego ludzika. Potem najzwyczajniej w świecie sobie poszedł. Zostawił mnie…

-To znaczy, że nie dokończyłeś podłogi w holu i nie wytrzepałeś dywanu –stwierdziła z wyrzutem Kopciuszek.

     Spojrzałem na nią…

-Niby jak?! –wydarłem się. Nie wytrzymałem. –Nawet tego nie zacząłem, a zobacz jaki tu pieprznik!  Sam miałem się odwiązać?! Ciekawe jak! Moja wina, że on jest chory?! Mogłabyś wrócić trochę wcześniej, a nie przesypiać w sadzie, wtedy bym zdążył! A teraz zobacz jak wyglądam! –machnąłem jej przed twarzą ręką, z której posypała się mąka i ściekł miód. –Idę się umyć, a ty zajmij się kuchnią! Raz zrób coś porządnie!

     Nie chciałem na nią krzyczeć, ale byłem zbyt zdenerwowany na wszystko wokół, nawet siebie –że nie byłem silniejszy niż Neremu. Poza tym, to była szczera prawda –ja haruję jak dziki osioł, a ona wyleguje się w sadzie - wystarczyło ją tylko wypowiedzieć głośno. Może nie tak głośno…

    Oczy mojej starszej siostry zeszkliły się grubo, usta zadrżały… Wiedziałem czym to grozi –nagłym wybuchem płaczu.

     Cofnąłem się przezornie. Stało się.

-Jak możesz na mnie krzyczeć?! Jak śmiesz mówić takie rzeczy?! Całe dnie pracuję, chwili odpoczynku nie mam, traktują mnie jak sprzątaczkę w moim własnym domu. A ja przecież jestem baronówną! Panią tego zamku! Nigdy nie zrozumiesz co może czuć istota taka jak ja, przeznaczona na panią, a musząca usługiwać tym… tym…

     Tu miałem dość. Zgarnąłem z podłogi swoją mokrą koszulę i wyszedłem. Poszedłem się umyć.

     Tak jest zawsze. Ona traktuje siebie jak najnieszczęśliwsze stworzenie na świecie. Bo jest baronówną, której wszyscy winni pokłony, a musi sprzątać. A ja co mam powiedzieć?! Mi się to podoba? Gorszy jestem od mojej własnej siostry, że nie muszę się o siebie żalić? Wcale nie. Ale ona tylko siebie widzi. Tylko swój „nadludzki trud”. A co ona robi? Pójdzie do sadu i przez pół dnia zbierze kosz czereśni czy jabłek. Wypierze zasłonki lub wytrzepie dywan, albo pozmywa naczynia i już czuje się jak męczennica. A ja to robię cały czas! Dzień w dzień zmywam naczynia, szoruję podłogi, trzepię dywany, sprzątam stajnie, karmie zwierzęta i robię setkę innych rzeczy, jakie wpadną do głowy mojej niby-rodzince. Na dodatek to właśnie ja jestem ich maskotką do meczenia.

     Co ja mam powiedzieć o swoim życiu? Że jest usłane różami i cukierkami?

     A ta woda znów lodowata.

     O Boże, chyba się jednak rozpłaczę.

  

    

-Czegoś mi tu brakuje –stwierdziła Nara, moja niby-siostra, spoglądając na bukiet. –Czegoś mi tu brakuje.

     Ja się nie wypowiadam na temat jej bukietów. Jak dla mnie to jedynym czego w nich brakuje to gust. Złożyła żółte tulipany z różowymi różami, suszoną celozją i fiołkami. Dla mnie ten twór powinien zostać uśmiercony już w tej chwili, bez cienia wahania.

     Ale mnie nikt nie pytał. Ja jestem tu tylko od ścierania kurzy. Więc je ścieram.

-Jak myślisz, Neremu?

     Jedyne co jest według mnie z nim w porządku to jest to, że jemu też nie podobają się aranżacje swojej siostry bliźniaczki. Jedyne za co jestem gotów zaproponować nasze pokrewieństwo –ma odrobinę dobrego smaku.

-Mi brakuje tu gustu –rzucił, gapiąc się za okno.

     Uśmiechnąłem się do siebie. Wypowiedział moje myśli na głos.

-Kocmołuszku.`

     Aż podskoczyłem w miejscu. Czyżby widziała ten uśmiech? Jeśli tak to mam problem…

-Tak? –wymruczałem potulnie.

-Idź nad rzekę i przynieś mi michałków, brakuje ich w bukiecie.

-Ale…

-Słucham?

     Odwróciła się w moją stronę i zmarszczyła blond brwi. Dreszcz mnie przeszedł –Neremu może i jest nieco szalony, ale Nara to wariatka przed duże W. Więc potulnie skinąłem głową, odłożyłem szmatkę i czym prędzej opuściłem komnatę.

     Zachciało jej się tego cholernego zielska! Niech to szlag!

     Nie dość, że do rzeki jest prawie godzina szybkiego marszu, to jeszcze te jej chwasty rosną na samym brzegu i kłują. A żeby jej ten poroniony bukiet zwiędł zanim wrócę!    

     Ale wtedy dostanę za powolność…

     Błagam, głupie badyle, nie więdnijcie dopóki nie wrócę!

     Wredna to praca. Stoję na samym brzegu skarpy, pode mną dwa metry wartko płynącej wody, dzikie jeżyny sięgają mi do pasa, a na ramieniu pełno mam kłującego zielska. Chyba znów się rozpłaczę.

      Zerwałem chyba wystarczająco na trzy  bukiety  i dwa  wieńce, teraz  szybko  wracać. Jakoś wygrzebałem się z tych jeżyn i stanąłem na ścieżce. Schowałem się w cień stuletnich wierzb i pozwoliłem sobie na chwilę odpoczynku… a raczej stwierdzenia odniesionych obrażeń. Obejrzałem podrapane łydki i dłonie, pokłute do krwi. Dopiero zaczynało piec, co będzie za kilka minut?

     Gdyby to zmoczyć w zimnej wodzie…

     Dobra, wiem, że nie mam czasu i musze gonić do zamku w podskokach, ale chwila stracona na zmniejszenie bólu, chyba nie zaszkodzi. I tak już zdecydowałem.

    Znalazłem odpowiednie miejsce, gdzie brzeg był niemal poziomy i piaszczysty, całkiem wolny od wszędobylskich jeżyn, które mogłyby służyć za drut kolczasty. I woda tu wolniej płynęła, wstrzymywana przez pas gęstego sitowia, wcinający się prawie do połowy koryta. Na tej mieliźnie kiedyś ojciec uczył mnie pływać… do dziś tego nie umiem… ale woda nadal jest tak czysta i jasna…

      Ale nie czas wspominać, to tylko sprawia dodatkowy ból, a niczego nie zmienia na lepsze. Powoli zrobiłem kilka kroków wgłąb mielizny. Woda okazała się przyjemnie chłodna i płytsza niż się spodziewałem. Na krawędzi sitowia dostrzegłem maleńkie srebrne rybki, kryjące się między ciemnozielonymi łodygami… gdyby tak przyjść tu na ryby… posiedzieć kilka godzin, pławiąc się w słodkim nieróbstwie…

     Tak, tak, pomarzyć sobie zawsze można.

     Szybko ochlapałem wodą łydki i ręce, i wyszedłem na brzeg. Naciągnąłem buty i już miałem brać te chwasty na ramię…

     Gdy usłyszałem parsknięcie konia. Całkiem niedaleko, chyba za tymi krzakami, na tym samym brzegu. Nie wiem co mnie podkusiło, ale zbliżyłem się, ostrożnie stąpając po piasku, odgarnąłem wiszące pnącza płaczącej wierzby, wysokie trzciny i spojrzałem. I zamarłem…   

     Nie wiem ile czasu trwało nim w końcu rozum wrócił mi na tyle, że mogłem się poruszyć. To mogło być równie dobrze kilka minut, jak i kilka lat. Kilka czegokolwiek wpatrywania się w niego. W niego…

     Leżał na płaszczu rozłożonym na złocistym pisaku. Niewątpliwie starszy o kilka lat ode mnie, młody mężczyzna. Ręce puścił wzdłuż ciała i wystawił twarz na słońce. Tak piękną twarz… Tak piękną, że musiałem przyjrzeć się jej z trochę bliższej odległości.

     Jedyny jego strój stanowiły płócienne spodnie, zawinięte do kolan i schnące powoli. O tym, że się kąpał świadczyły też mokre włosy, układające się na płaszczu w grube pierścienie intensywnej kasztanowej barwy –jeszcze połyskujące kropelkami wody. Skórę miał smagłą, w słońcu błyszczała ciemnym złotem. Wydawała się atłasowa i miękka, a jednocześnie rysujące się pod nią wyraźnie mięśnie, nadawały temu ciału posągowego wyglądu.

     Jak piękna rzeźba wyrzucona przez rzekę.

     Stanąłem na ciepłym piasku, nie mogąc oderwać oczu od jego twarzy.

     Idealna –tym jednym słowem mogłem ją opisać. Idealna i piękna. Jakby wyrzeźbiona przez artystę, który potrafił uwięzić duszę w kamieniu i tchnąć w niego życie. Prosty nos, wąskie wargi –mógłbym przysiąc, że przez sen leciutko się uśmiechał, leciutko zmarszczone płowe brwi, brunatne rzęsy… chwila, w jaki sposób widzę aż jego rzęsy?

Jestem aż tak blisko?

   ...

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • katek.htw.pl
  • © 2009 Zaopiekuj się moim sercem - zostawiłem je przy tobie. - Ceske - Sjezdovky .cz. Design downloaded from free website templates