[ Pobierz całość w formacie PDF ]
KRUS, czyli tania pomoc społeczna
Krystyna Naszkowska
2010-09-17, ostatnia aktualizacja 2010-09-10 18:36
Fot. Jaroslaw Kubalski / Agencja Gazeta
Nigdy nie było na wsi tak sprzyjającego nastawienia do reformy KRUS-u jak dziś. Racjonalizacja systemu emerytur rolniczych jest więc możliwa, ale budżet na tym nie zaoszczędziJuż samo słowo "KRUS" wywołuje emocje. Dlaczego instytucja nudna już w samej nazwie - Kasa Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego - adresowana do grupy społecznej, która też nudzi miejskie elity, budzi takie emocje? I co sprawia, że mimo od lat toczonych dyskusji o konieczności zmian do tej pory nic się nie dzieje? A politycy zachowują się jak dzieci przesuwające nosem śmierdzący plasterek kiełbasy na kanapce. Byle później, byle to następny ktoś zrobił.
Na początku ustalmy jedno - rozmowa o -ie jako o nienależnym, niesprawiedliwym przywileju to absurd. Wielkomiejski absurd. Nie da się jednak ukryć, że KRUS to problem. Budżetowy. No i polityczny. Ale przede wszystkim problem społeczny. Dlatego tak trudno się zabrać do jego rozwiązania.
Gazeta Biznes
Kiedy na wiosnę tego roku "Gazeta" opublikowała wywiad z prof. Józefiną Hrynkiewicz, która broniła KRUS-u, dosłownie rozpruł się worek z polemikami. Profesor powiedziała, że KRUS wcale nie obciąża tak bardzo budżetu, jak się powszechnie uważa. I że nie ma cywilizowanego kraju o znacznym obszarze rolnym, w którym nie byłoby osobnego dla rolników systemu emerytalno-rentowego. I że wszędzie tam do tego systemu się dopłaca z budżetu - i to niewiele mniej niż u nas. Przeciętnie bowiem w Unii do emerytur rolniczych budżet dopłaca od 65 do 76 proc., u nas 79 proc. W fakcie dopłacania do ubezpieczenia społecznego rolników nie ma więc ani strasznego, ani niesprawiedliwego. Nasz problem polega na tym, że bez sensu dopłacamy bogatym rolnikom i pozwalamy korzystać z KRUS-u osobom, które z rolnictwem niewiele mają wspólnego. Przez to nasze dopłaty z budżetu są nieco wyższe niż u europejskich sąsiadów.
Problem narastał latami, a dziś sprowadziliśmy dyskusję o KRUS-ie do dwóch biegunów - jedni dostają ataku furii, kiedy słyszą o jakichkolwiek zmianach, inni chcą zmian natychmiastowych i radykalnych, nie licząc się z realiami. W takiej atmosferze trudno zachować zdrowy rozsądek.
Problem budżetowy
Radykalno-liberalne grono uważa KRUS za instytucję archaiczną, która tylko szkodzi. Szkodzi budżetowi, który do utrzymania tej instytucji dokłada rocznie 15 mld zł. Zamiast więc podnosić VAT, lepiej zlikwidować KRUS. A rolników wrzucić do systemu zusowskiego. Koniec z uprzywilejowaniem i płaceniem śmiesznie niskich stawek niezależnych od osiąganych dochodów! Dlaczego skromna urzędniczka, nauczycielka czy szwaczka ma się składać na emeryturę wiejskiemu krezusowi. Wszystkie grupy społeczne powinny mieć ten sam system emerytalny!
Wiadomo, że dziura budżetowa jest ogromna, a rząd pilnie szuka sposobów, by ją choć trochę załatać. Pokusa sięgnięcia więc po te pieniądze jest olbrzymia. Rzeczywiście, gdyby rząd, Sejm, Senat i prezydent uznali, że zrywają wszelkie zawarte wcześniej umowy, a Trybunał Konstytucyjny uznał, że tak można, i od jutra przestano by wypłacać emerytury rolnikom, to można by zaoszczędzić sporą sumę. Ale nawet w takim przypadku nie byłoby to 15 mld zł, bo jednak rolnicy składki na swoje emerytury płacą. Nie pokrywają one wypłat (zresztą też nie pokrywają), ale są.
To oczywiście z punktu widzenia prawa polskiego i europejskiego wariant niemożliwy. Zamiast więc likwidować, można KRUS reformować. Są nawet ekonomiści i dziennikarze którzy już wyliczyli, że reforma KRUS-u dałaby budżetowi oszczędności rzędu 2-3 mld zł.
Nie wiadomo, na czym te wyliczenia są oparte, można je zaliczyć do prognoz kapeluszowych. Przypadkiem mogą być nawet prawdziwe. Tyle że nie uwzględniają tego, że każda sensowna reforma KRUS-u będzie oznaczała także przesunięcie sporej grupy mieszkańców wsi na zasiłki. A te, jak wiadomo, idą z budżetu. Jedną ręką więc coś do budżetu dosypiemy, a drugą wyjmiemy. Bilans może być zaskakujący.
Problem społeczny
Ci, którzy widzą w reformie KRUS-u sposób na łatanie dziury budżetowej, powinni poczytać sobie dane -u.
Otóż według nich w 2003 r. poniżej minimum socjalnego żyło na wsi 71,1 proc. ludności (ogółem w kraju było to 59 proc.).
W latach 2006, 2007 i 2008 GUS oceniał warunki życia ludności w Polsce według unijnej metodyki EU-SILC. Okazało się, że w 2006 r. 36,3 proc. ludności wiejskiej przyznało się, że nie stać ich na jedzenie mięsa co drugi dzień, a w tym samym okresie przyznawało się do tego 25,8 proc. ludności miejskiej. Dwa lata później ten odsetek był już mniejszy i obejmował 27,4 proc. ludności wiejskiej i 19,9 proc. miejskiej. W 2008 r. przeciętny roczny dochód netto na osobę wraz ze świadczeniami społecznymi wynosił w rodzinach rolniczych wsi 7,5 tys. zł, a w rodzinach pracowniczych 12,5 tys. zł.
Jak piszą ekonomiści w raporcie "Polska wieś 2010", polska bieda powoli się zmniejsza, jednak nadal ma głównie wiejskie oblicze.
I - co ciekawe - geografia wiejskiej biedy pokrywa się z największą liczbą ubezpieczonych w KRUS-ie. Najbiedniejsze rejony - czyli Podkarpackie, Małopolskie, Kieleckie - to te, w których są najmniejsze gospodarstwa i jest najwięcej ubezpieczonych w KRUS-ie. To także rejony, gdzie wybory wygrywa . Na przeciwległym krańcu jest Zachodniopomorskie - gospodarstwa największe, najmniej ubezpieczonych w KRUS-ie i najmniejsze wśród mieszkańców wsi poparcie dla PiS-u. Przyłączenie Polski do Unii spowodowało poprawę sytuacji dochodowej rolników, choćby dzięki dopłatom. Ale dopłaty nie zmieniły geografii biedy. Średnio rolnicy z Zachodniopomorskiego dostają miesięcznie 1000 zł z samych dopłat, a w Małopolsce 140 zł.
Problem z wiejską biedą bierze się bowiem z rozdrobnienia polskiego rolnictwa. Mamy na wsi ok. 2,8 mln gospodarstw rolnych (więcej od nas ma w Unii tylko Rumunia), ale powyżej 20 ha mamy ich zaledwie 7 proc., a dochody równe średniej krajowej osiąga zaledwie 3 proc.
Obszar wiejskiej biedy w III RP wziął się m.in. stąd, że w okresie transformacji i gwałtownego wzrostu bezrobocia miasta wypluły nadwyżki bezrobotnych. A wieś ich przyjęła. To byli głównie dwuzawodowcy, czyli właściciele małych gospodarstw w okolicach miast, którzy w tych miastach dorabiali. Liberalizacja handlu z Unią wywołała masowy napływ towarów z zagranicy i bilans tego handlu żywnością aż do 2003 r. był dla nas niekorzystny.
Rolnicy trwali w rolnictwie, gdyż nie widzieli dla siebie innej perspektywy, a posiadanie ziemi stanowiło formę zabezpieczenia socjalnego, dawało dostęp do przyszłej emerytury i bezpłatnej opieki zdrowotnej.
Problem polityczny
Zmianą systemu KRUS-u nie jest zainteresowana właściwie żadna opcja polityczna.
Więcej...
PiS - bo największe wpływy ma właśnie tam, gdzie króluje archaiczny, konserwujący stare struktury społeczne .
- bo choć systematycznie traci wiejski elektorat na rzecz PiS-u, to z przyzwyczajenia zwalcza wszystko, co narusza obecny układ na wsi.
Gazeta Biznes
PO zaś nie chce zrażać koalicjanta, bo PSL trzaśnie drzwiami i będzie po koalicji. Tu nie wystarczy mieć rację, trzeba jeszcze mieć w Sejmie 231 głosów.
KRUS powstał za rządów Tadeusza Mazowieckiego w 1990 r., ale już od połowy lat 90. ekonomiści mówią o konieczności jego reformy. Dopiero rok temu wprowadzono pewne zmiany w systemie. Politycy PSL-u ustami wicepremiera Waldemara Pawlaka i ministra rolnictwa Marka Sawickiego nazywają nawet te zmiany reformą, zmieniono bowiem wysokość płaconej składki dla pewnej grupy posiadaczy ziemi. Teraz rolnicy mający ponad 50 ha płacą dwa razy większą składkę niż reszta - zamiast ponad 300 zł kwartalnie - prawie 700 zł.
Nadal to nie jest dużo w porównaniu z tym, co płaci się na . Ale też mimo podwojenia składki najwięksi rolnicy ciągle będą dostawali takie same, skromne emerytury jak reszta rolników - 700 zł miesięcznie.
Platforma Obywatelska, najmniej ze wszystkich partii wrażliwa na chłopskie żale, przed wyborami w 2007 r. obiecywała zmiany w KRUS-ie. Ale kiedy sięgnęła po władzę, zmieniła zdanie. Premier na konferencji prasowej 30 lipca powiedział wprost, że nie da się "namówić na reformę, na którą czekają przede wszystkim instytucje ubezpieczeniowe". A do tego "znaczna część rolników i tak nie byłaby w stanie zapłacić wyższej składki, bo nie ma z czego".
Jednym słowem, Tusk zdaje sobie świetnie sprawę, że KRUS to tak naprawdę problem społeczny i jego reforma mogłaby oznaczać większe wydatki z budżetu na pomoc biednym rolnikom niż obecnie.
Co więc można zrobić?
KRUS miał być dla rolników szansą zrównania ich w przywilejach z resztą społeczeństwa. Dano rolnikom dostęp do bezpłatnej służby zdrowia i prawo do emerytury. Ale przy wprowadzaniu go popełniono kilka błędów, z których największy polegał na tym, że nie ustalono, kto właściwie jest rolnikiem, a więc kto ma prawo dla przywilejów rolnych. Przez to KRUS stał się zbyt łatwo dostępny i daje przywileje tym, którym się nie należą.
Dziś rolnikiem, a więc beneficjentem KRUS-u, dopłat i całej polityki rolnej może być każdy posiadacz ziemi. Tymczasem mamy na wsi aż trzy kategorie właścicieli ziemi.
1. Tych, którzy produkują i sprzedają żywność, czyli realnych rolników. W tej grupie mamy ludzi z trudem dających sobie radę i ludzi bardzo zamożnych.
2. Osoby, które żyją z renty babci czy dziadka, dorabiają w szarej strefie, a to, co wyprodukują, sami przejadają. To grupa ludzi biednych, w której wegetują w swoich gospodarstwach, a posiadanie ziemi w istocie uniemożliwia im wyrwanie się z tej biedy.
3. Ludzi sprytnych, utrzymujących się spoza rolnictwa, którzy często w ogóle ziemi nie uprawiają, ale wykorzystują przepisy, by ubezpieczyć się w KRUS-ie i płacić niskie składki na ubezpieczenie emerytalne oraz mieć dostęp do bezpłatnej opieki zdrowotnej.
Reforma systemu musi więc polegać, po pierwsze, na ograniczeniu dostępu do KRUS-u tylko dla grupy pierwszej, czyli tych, którzy produkują i sprzedają żywność. Co roku do Kasy zapisują się tysiące nowych, przyszłych emerytów. Wystarczy od dziś wprowadzić definicję rolnika do ustawy, by nowi pseudorolnicy już nie napływali. Bezrobotni z miasta napływający na wieś powinni zostać objęci zasiłkami, fikcyjni rolnicy, którzy ziemi nie uprawiają, mają nadal płacić na ZUS. Taki ruch rządu, gdyby poważnie myślał o skończeniu z tą fikcją, byłby dobry początkiem reformy. Kto wie, ile mniej budżet dokładałby dziś do KRUS-u, gdyby taką tamę postawiono dziesięć lat temu.
A po drugie, reforma ma polegać na zróżnicowaniu składki, jaką rolnicy wpłacają do KRUS-u w zależności od dochodów przez nich osiąganych - im wyższe dochody, tym wyższe składki. I wyższa emerytura. Ale by oddzielić bogatych od reszty, trzeba policzyć dochody, gdyż sama liczba hektarów niewiele nam powie o zamożności rolnika.
Wyliczyć dochody rolnikom wcale nie jest trudno. Wystarczy ściągnąć rozwiązania europejskie. Zresztą Instytut Ekonomiki Rolnictwa już to zrobił; dla swoich badań stosuje metodologię unijną - od kilku lat wylicza tym sposobem dochody sporej grupie gospodarstw.
W wielu krajach Unii przyjęto jako podstawę wyliczania dochodów rolnikom tzw. jednostkę wielkości ekonomicznej gospodarstwa - ESU. Jedno ESU jest wówczas, kiedy właścicielowi gospodarstwa po sprzedaniu wyprodukowanej żywności i odliczeniu kosztów jej wytworzenia zostanie w kieszeni 1250 euro rocznie.
W Unii na ogół za rolnika uznawany jest ten, który osiąga co najmniej 4 ESU rocznie, czyli 5 tys. euro. Specjaliści uważają, że dochody na poziomie średniej krajowej osiąga rolnik, który ma 16 ESU.
Wprowadzenie w Polsce zasady liczenia dochodów na podstawie ESU wywołałoby na wsi rewolucję. Przede wszystkim okazałoby się, że gospodarstw osiągających mniej niż 4 ESU mamy 80 proc.
Gdyby ich właściciele stracili rolnicze przywileje, część z nich zostałaby zmuszona do szukania dla sobie pewnej samodzielności.
Z tego punktu widzenia można powiedzieć, że obecny system niszczy na wsi przejawy samodzielności. Prof. Jerzy Wilkin mówi, że niszczy prospołeczne postawy. Zamiast szukać dla siebie pracy za wszelką cenę, Polacy szukają sposobów na załapanie się na jakiś transfer socjalny. A takim transferem jest np. KRUS.
Oczywiście coś trzeba tym, którzy wypadną z KRUS-u, zaproponować. Jakąś inną formę wsparcia socjalnego.
Dobry moment
Paradoks polega na tym, że wieś wcale nie musi źle przyjąć reformy KRUS-u. Musi być ona tylko logiczna, oparta na jasnych zasadach, a władza musi się potem tych zasad trzymać. To, czego wieś nie lubi, to kombinacje. Tradycyjni mieszkańcy wsi są podejrzliwi, sądzą, że chodzi tylko o to, by ich skrzywdzić, wyciągnąć dodatkowe pieniądze dla budżetu. I tego się boją, a nie reformy.
Integracja europejska sprawiła, że mieszkańcy wsi zbliżyli się do mieszkańców miast pod względem dochodów, dostępu do infrastruktury, edukacji, optymizmu. Poczuli się też dowartościowani, kiedy okazało się, że nasza żywność stała się wielkim hitem eksportowym, a polscy rolnicy nie są gorszymi producentami żywności niż niemieccy czy francuscy.
Klimat do reform jest. Wystarczy popatrzeć na nastroje rolników po akcesji. Z badań CBOS-u wyraźnie widać, że mieszkańcy wsi stają się optymistami i realnie patrzą na rzeczywistość.
Jeszcze w 2001 r. prawie połowa rolników (44 proc.) uważała, że integracja pogorszy ich sytuację, a korzyści widziało tylko 15 proc., ale już w 2008 r. korzyści widziało 41 proc. rolników, a o stratach mówiło 18 proc. Akcesja zmieniła więc jeden z kluczowych elementów sytuacji rolników - po raz pierwszy po 1989 r. uwierzyli oni w swoją przłyszłość, uwierzyli w stabilność europejskiej polityki rolnej. To wystarczyło, by stali się podobni w swych nastrojach do reszty społeczeństwa. Przedakcesyjny pesymizm zmienił się w ostrożny optymizm.
Dlatego rolnicy producenci żywności są absolutnie gotowi do zmian w KRUS-ie. Rolnicy o tym mówią głośno, bez obaw, oczekują tylko powiązania wysokości składki z wysokością emerytury. Zmianę poprze też wieś małorolna, pod warunkiem że zostanie jej ona jasno i przejrzyście wyłożona z podaniem niezbędnych osłon socjalnych. Jeśli tego nie będzie, może dojść do niezłej awantury politycznej, połączonej ze szczuciem ludzi wzajemnie na siebie i hasłami typu: rząd wysyła całe wsie na zasiłki itd. Znajdzie się co najmniej jedna partia, która zobaczy w tym dla siebie interes polityczny.
Reforma KRUS-u oparta na dochodach rolniczych jest więc możliwa i wcale nie taka trudna. Ale może oznaczać kłopoty. Bo pokaże, ilu mamy na wsi ludzi biednych wymagających pomocy państwa. Nie tylko pomocy finansowej, ale też aktywnej polityki społecznej państwa. To jest ta prawdziwa trudność z reformą KRUS-u. Jednak trzeba się do niej zabrać, bo w ostatecznym rachunku wszystkim się ona opłaci - miastu i wsi, budżetowi i społeczeństwu. Reforma KRUS-u wyruguje podszywanych rolników, a obraz polskiego rolnictwa stanie się bardziej prawdziwy.
Źródło: Gazeta Wyborcza
Więcej...
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
© 2009 Zaopiekuj się moim sercem - zostawiłem je przy tobie. - Ceske - Sjezdovky .cz. Design downloaded from free website templates